Dzisiaj coraz częściej łączy się rozwój technologiczny, ale także ingerowanie w kulturę (np. poprzez ograniczanie listy książek dopuszczonych do szkół i sprzedaży) z antyintelektualizmem, kojarzonym historycznie z praktykami faszystowskimi. Kontrola nad wiedzą, np. to, jakie interpretacje historii uznawać za prawomocne, utrudniała kwestionowanie dominującej linii ideowej – dzisiaj w podobnych praktykach doszukujemy się analogicznych funkcji. Niechęć do zaufania źródłom naukowym nie może być prosto tłumaczona czyjąkolwiek „głupotą”. Chodzi o wypadkową wielu czynników: braku edukacji medialnej, podważania przez osoby publiczne autorytetu nauki (patrz. dyskusja wokół szczepionek) czy wzbudzania nieufności wobec ekspertów i wszelkich elit. Nie dotyczy to wyłącznie dziedzin ścisłych – obiektem regulacji zawsze były i ciągle są również nauki humanistyczne i społeczne.
Ten sposób myślenia dobrze widać w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych, szczególnie podczas obecnej prezydentury Donalda Trumpa. Od kilku lat obserwujemy wyraźny zwrot antyhumanistyczny w polityce publicznej (nie bez związku z tym jest z kolei wzmożona współpraca administracji z wielkimi firmami technologicznymi z Doliny Krzemowej). Prezydent USA w 2025 roku zdążył zaproponować cięcia budżetowe względem NEA (Narodowej Fundacji na rzecz Sztuki), NEH (Narodowej Fundacji na rzecz Humanistyki) czy IMLS (Instytutu Usług Muzealnych i Bibliotecznych) – choć pocieszający jest fakt, że Kongres ostatecznie zablokował część tych decyzji. Trump nadal marzy jednak o rozwiązaniu wielu podobnych agencji i programów, dewaloryzując przy tym w swoich wypowiedziach obszar ludzkiej działalności związanej z kulturą i sztuką. Jednocześnie nietrudno zauważyć, że poświęcając temu tematowi tyle czasu i energii, w rzeczywistości musi on doceniać rolę kultury i wpływ, jaki jej instytucje mogą mieć na społeczeństwo. Nie bez powodu objął kontrolę nad słynnym centrum kulturalnym Kennedy Center, ingerując w jego ideową niezależność. Zarządził również przegląd ekspozycji muzealnych na terenie kraju. Kontrola wystaw miała na celu powrót do „uczciwego” przedstawiania losów USA, czyli usunięcia treści opisujących rasistowskie czy seksistowskie oblicze rozwoju państwa. Trump nie chce słyszeć o niewolnictwie, opresji kobiet i mniejszości seksualnych czy amerykańskim imperializmie, lecz o prawdziwej wielkiej Ameryce, bez rys na jej historii. Nie ma wątpliwości, że nawet prezydent i jego administracja doceniają humanistykę i wiedzą, jak może oddziaływać na społeczeństwo – nie jest jednak politycznie korzystne mówić o tym wprost. Lepiej robić to po cichu.
Nauki humanistyczne i społeczne bez wątpienia są dla nas ważne, a wiedza i wyobraźnia będą nam w najbliższym czasie coraz bardziej potrzebne – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i społecznym, bo te dwa wymiary zawsze są ze sobą powiązane. Czym byłaby demokracja bez humanistów? Zdaję sobie sprawę, że to zapewne kusząca wizja dla wielu tech-bros, którzy dzielą się nią w swoich manifestach (o które nikt nie prosił, a które ostatnio zewsząd nas zalewają). Ale nie dajmy sobie wmówić, że chcielibyśmy żyć w świecie, po którym chodzą jedynie przedsiębiorcy. Musimy umieć wyobrażać sobie świat nieco bardziej różnorodny, nawet jeśli konfrontacja z „innym” jest dla nas niewygodna. Inaczej stracimy umiejętność współistnienia z tym, co nie takie same, jak my (co widać np. w nasilających się atakach na obywateli i obywatelki Ukrainy w Polsce). Wyobraźnia jest tym, co pozwala nam nie traktować rzeczywistości ukształtowanej przez dominujące sposoby myślenia – te, które najczęściej dochodzą do głosu – jako jedynej możliwej.
Ruha Benjamin, zajmująca się relacjami pomiędzy ludźmi a technologią, zaczyna swój esej o wyobraźni od słów Toni Morrison: zanim zaczniesz myśleć, pozwól sobie trochę pomarzyć. Wyobraźnia pozwala przekraczać granice myślenia, a tym samym podważać nasze zbiorowe wyobrażenia o tym, czym jest sprawiedliwy świat i jak mogłaby wyglądać lepsza rzeczywistość. Nie jest jednak nieograniczona. Kształtują ją normy kulturowe, które określają, co jest aprobowane, a co nie, a także społecznie wytwarzane definicje „prawdy” i tego, co „fałszywe”.
Dla przykładu, w kulturze zachodniej za prawdę uznajemy ideę nieograniczonego wzrostu jako czegoś bezwzględnie dobrego czy wyższość myślenia racjonalnego nad wszelkimi innymi rodzajami poznania. Kolejnym niepodważanym założeniem jest definiowanie wolności jako możliwości wyboru – a jednak wybór ten jest nam dyskretnie ograniczany i podsuwany pod nos jako iluzja wyboru. Wizje te współtworzone są przez korporacje i wszystkich graczy, którzy mają wystarczające zasoby, by włączać się w ten proces, np. promując konkretne style życia, organizacji społecznej czy opowieści o świecie (dla przykładu taki zestaw idei: konsumpcja, indywidualizm i American Dream). Bardzo ważne jest więc, abyśmy mieli alternatywne wyobrażenia o świecie, umieli w ogóle je do siebie dopuścić, bo posiadanie monopolu na zbiorową wyobraźnię przez niewielu na dłuższą metę nie prowadzi do niczego dobrego. A przecież wyobrażanie sobie leży u podstaw polityki.
Oczywiście zmiany nie biorą się wyłącznie z myślenia. Ale tam muszą się w ogóle najpierw narodzić. To, co dziś wydaje nam się (w miarę) oczywiste – jak prawa pracownicze czy wyborcze – kiedyś również stanowiło ideę rewolucyjną, wzbudzającą sprzeciw i poczucie, że jest niemożliwe do zrealizowania. Jak pisze Benjamin, radykalna wyobraźnia nie stoi w sprzeczności z wykonywaniem pracy na rzecz zmiany warunków materialnych i poprawy jakości naszego życia. Wręcz przeciwnie, radykalna wyobraźnia może inspirować nas do wykraczania poza ograniczenia tego, co uważamy – i co mówi nam się – że jest politycznie możliwe.
Żeby jednak móc wyobrażać sobie coś poza tym, co już znamy, potrzebujemy wiedzy – nie rozumianej jako gromadzenie encyklopedycznych informacji, lecz jako wychodzenie poza utarte sposoby myślenia. Patricia Hill Collins pisała np. o wiedzy sytuowanej, zakorzenionej w doświadczeniach osób „podporządkowanych” (ona analizowała akurat sytuację Kolorowych Kobiet). Stawianie w centrum analizy innej perspektywy niż ta, którą zazwyczaj przyjmujemy (m.in. w oficjalnych programach nauczania), pozwala poznać specyfikę zupełnie innych granic świata, które są dla nas niewyobrażalne, póki nie spróbujemy ich dostrzec. Gromadzona wiedza, np. ta o różnych strategiach oporu i przetrwania społeczności dyskryminowanych, to cenny zasób przekazywany dalej. Collins proponuje uwzględnienie tych cząstkowych stanowisk różnych grup jako punktu wyjścia dla dialogu. A współczesna polityka nie sprzyja dialogowi w tym rozumieniu. Podczas takiego dialogu nie ma potrzeby „decentracji” kogokolwiek, by umieścić w centrum kogoś innego; trzeba tylko stale, właściwie „wyważać centrum”. Cząstkowość i nieuniwersalność to warunek bycia słyszanym.
A więc jedno to uwzględnianie doświadczeń innych, co poszerza naszą wyobraźnię – tę, którą w ciągu dorastania jesteśmy uczeni poskramiać. Ale drugim ważnym elementem jest ćwiczenie wyobraźni w wychodzeniu zupełnie dalej, niż w ogóle możemy.
Donna Haraway proponuje nawet celową praktykę polegającą na, dosłownie tłumacząc, „składaniu wizyt” przy pomocy wyobraźni. Chodzi o zadawanie pytań dotyczących niewytłumaczalnych kwestii, proponowanie rzeczy niespodziewanych, wspólne zastanawianie się nad nimi. Taką umiejętność nazywa zdolnością do odpowiedzi (response-ability) – czyli gotowością do reagowania na innych, która niezbędna jest na poziomie codziennego życia, jak i przy współtworzeniu społeczeństwa. Dzięki niej umiemy „odpowiadać na świat innych”, niezależnie od tego, jak dziwny i nieznany może nam się wydawać.
Jednocześnie Haraway zauważa, że wiele naszych współczesnych dyskusji przyjmuje fatalistyczny charakter (np. ta o kapitalizmie czy kryzysie klimatycznym). Wbrew pozorom, zamiast pomagać, często tworzą one wrażenie nadchodzącej, nieuchronnej katastrofy, paraliżując zbiorową wyobraźnię. Dlatego tak ważne jest tworzenie realnych, lokalnych grup wypracowujących nowe praktyki wyobraźni, oporu i naprawy. Takich, które będą skupiać się na rzeczywistych rozwiązaniach i analizowaniu ludzkiego wpływu na procesy, których jesteśmy świadkami – pytając, jakie decyzje doprowadziły do obecnej sytuacji i co jeszcze możemy w niej zmienić, a nie poddając się narracji o nieuniknionych, niezależnych od nas zmianach.
To wszystko może wydawać się bardzo utopijne. Wielokrotnie słyszymy, że utopijne myślenie jest oznaką naiwności i nigdzie nie prowadzi. Jednocześnie rzadko uznajemy kolejne pomysły liderów technologicznych za takie. Zwykle nie myślimy o wyobraźni jako o wpływowym narzędziu. Ale zapominamy, że wiele grup ma interes we wpływaniu na kolektywne wyobrażenia o świecie. Wiodące narracje mogą kształtować granice tego, co uważamy za dopuszczalne. Niedawny manifest Marka Zuckerberga, prezesa Mety, próbuje budować na tym mechanizmie wrażenie obiektywnej, uniwersalistycznej misji całej ludzkości, jaką ma być podbicie kosmosu i rozwój posthumanistycznych istot. Trudno traktować tę wizję jak niewinną fantazję.
Ruha Benjamin, opisując filozofię liderów firm technologicznych, zauważa, że ci, którzy monopolizują zasoby, monopolizują wyobraźnię. Jeśli politycy i decydenci uznają, że określone wizje rozwoju człowieka są nieuniknionym i koniecznym kierunkiem przyszłości, trudno przewidzieć, jakie koszty społeczne mogą uznać za uzasadnione w imię osiągnięcia odległych celów. Być może właśnie dlatego potrzebujemy humanistyki bardziej, niż nam się dzisiaj wydaje. Kto będzie wyobrażał za nas naszą przyszłość, jeśli my przestaniemy to robić?
Bibliografia:
Patricia Hill Collins (1990). Czarna myśl feministyczna w macierzy dominacji. Tłum. Bogdan Baran, w: A. Jasińska-Kania, L. M. Nijakowski, J. Szacki, M. Ziółkowski (red.) Współczesne teorie socjologiczne. Tom II. Wydawnictwo Naukowe Scholar. s. 1185 – 1196.
Ruha Benjamin (2024). Imagination. Manifesto. W. W. Norton & Company.
Donna Haraway (2016). Staying with the Trouble. Making Kin in the Chthulucene.
Donna Haraway (1988). Situated knowledges: The science question in feminism and the privilege of partial perspective. Feminist Studies, 14(3), 575–599.